Robert Janson – wywiad

Sprawia Pan wrażenie dość zmęczonego..
Robert Janson: Stosunkowo – dużo pracy.

Czy uważa Pan, że kulminacja Pana kariery i osiągnięcie „szczytu” ma miejsce obecnie, czy jeszcze nadejdzie? A może już miało
miejsce?
RJ: Myślę, że nie można określać się na rynku polskim, że się jest
„na szczycie”. Rzeczywiście, jest taki okres, w którym się zastanawiamy, że coś jest za nami i czy można więcej osiągnąć.

Ile sprzedano dotąd Pana płyt?
RJ: Jeśli liczyć płytę z muzyką filmową oraz płyty Varius Manx, to grubo ponad 2 miliony.

Jest to zapewne swoisty rekord Polski…
RJ: Na pewno od momentu wprowadzenia płyt kompaktowych, jest to najlepszy wynik polskiego twórcy.

Niemal każdy Pana utwór zawiera charakterystyczny pomysł aranżerski, rytmiczny, barwowy. Nie jest to jedynie słodka melodyjka z harmonią… Skąd taka różnorodność pomysłów?
RJ: Myślę, że jest to przede wszystkim wynik współpracy z określonymi ludźmi, muzykami. Część utworów aranżowałem z Wojtkiem Wójcickim, część z grupą Varius Manx i Pawłem Marciniakiem.
Dużo zależy od tego, z kim współpracuję przy danej kompozycji. Wiadomo, każdy ma inne upodobania, inną stylistykę, odmienne spojrzenie na brzmienie. Mam jakiś pomysł, wiem, co chcę osiągnąć, jest to jednak pomysł zbudowany na… gitarze, po czym konfrontuje to z inną osobowością muzyczną, zwykle klawiszowcem – stąd wychodzą ciekawe rzeczy. Na przestrzeni ostatnich lat wiele zmieniło się również w samym procesie tworzenia aranżacji. Gdy ruszałem z Variux Manx, posługiwałem się w zasadzie tylko gitarą. Obecnie dzięki wprzęgnięciu w cały proces komputerów stają się możliwe do osiągnięcia zupełnie nowe efekty brzmieniowe, nowe jakości. I nie chodzi tu tylko o równość grania… A wszystko to można zrobić w domu. Przy wysokich cenach czasu w dobrych studiach z dobrym realizatorem okazuje się to niejednokrotnie zbawienne…

W pierwszej kolejności uważa się Pan za kompozytora, czy aranżera?
RJ: Przede wszystkim jestem kompozytorem. Później aranżerem, a na koniec określam się jako muzyk. Nie jestem wybitnym instrumentalistą – na koncertach na gitarze raczej akompaniuję, niż gram. Wiem, że są ode mnie zdolniejsi gitarzyści.

A skąd tak naprawdę czerpie Pan pomysły na te „smaczki” aranżerskie?
RJ: Wychowałem się na muzyce lat 70. i 80. Nie wiem, czy to jest zauważalne, ale to właśnie muzyka lat 70. ukształtowała melodyjność na świecie. W tych latach tworzono najpiękniejszą dla mnie muzykę, najbardziej barwną. Cudowni wokaliści z tych lat, bez maszyn, bez udziwnień, bez sztucznej i naciąganej barwy głosu ukształtowali moją wrażliwość melodyczną. To wszystko miało jakiś cel i sens. Obecnie tak naprawdę wielu znanych muzyków i instrumentalistów to geniusze… technologii i elektroniki, lecz z całą pewnością nie muzyki! Kiedyś był taki zespół, jak Milli Vanilli – wszyscy się z niego wyśmiewali. Dziś takich zespołów jest setki, jednak nikt się z tego nie śmieje… Naturalne stało się, że „produkt”, czyli „muzyka” jest sztuczna! Myślę, że idziemy
ku gorszej stronie muzyki.

W jakim celu w takim razie na najnowszej płycie Variux Manx umieścił Pan bardzo elektroniczny, techniczny utwór odbiegający znacznie od wcześniejszych produkcji.
RJ: Jest to utwór typowo taneczny. Znalazł się na płycie by pokazać, że też możemy taka muzykę robić. Od kilku lat w muzyce królują pętle. Za sprawą takich artystów, jak Bijork, Madonna rola loopów w ostatnich miesiącach urosła do podstawowego czynnika formotwórczego. W utworze tym chcieliśmy pokazać, że forma taneczności, myślenie beatem nie jest nam obca. Pozostałe trzy kompozycje są zbliżone do tego, do czego przyzwyczailiśmy słuchaczy Variux Manx.

Od czego rozpoczyna Pan komponowanie?
RJ: Rozpoczynam od gitary. Siadam przy gitarze – o dziwo zwykle w kuchni, gdzie rozchodzą się przecież zwykle interesujące zapachy… Jestem człowiekiem wrażliwym na zapachy. No więc siadam z instrumentem i… pozwalam pomysłom zaistnieć dźwiękowo. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że nie mam problemów z inwencją. Gdybym się uparł, mógłbym stanąć w szranki na pomysły – myślę, że bym nie przegrał… Pytanie tylko, czy miałoby to wszystko odpowiednią jakość. Tego się zawsze obawiałem i dlatego ograniczam swoją twórczość do pomysłów, które mi się podobają. Szczególnie jest to istotne w przypadku pisania dla innych wykonawców. Co miesiąc mam kilka propozycji, jednak staram się ograniczyć „produkcję” tylko do dobrych utworów. Natomiast ten typ pracy coraz bardziej mi odpowiada i z pewnością w najbliższym czasie będę się otwierać na innych twórców.

Jeden z moich znajomych powiedział kiedyś: „Janson? No tak, »skubany« ma głowę do melodyjek”.
RJ: Ja myślę, że tak. Pozornie wydaje się, że napisać melodię, to prosta sprawa, a w rzeczywistości okazuje się to być niezwykle trudnym zadaniem – niejednokrotnie trudniejszym, niż opracowanie aranżacji. Wymyślić dobrą melodię tak, by pokochał ją naród, krytycy, dziennikarze jest niezmiernie trudno. Dla jednych będzie to pachniało kiczem, dla innych genialnością. Jednak
nikt nie może powiedzieć, że jest to proste – napisać takich melodyjek na pęczki… Znacznie prościej jest napisać muzykę, której nikt nie powtórzy! Muzyka ta przestaje być automatycznie muzyką komercyjną. Natomiast, jeśli ktoś twierdzi, że napisanie chwytliwej melodii jest takie proste, to proszę – niech spróbuje coś takiego napisać. Zachęcam do współzawodnictwa.

Dzięki tej melodyjności Pana muzyka jest rozpoznawalna.
RJ: Owszem, melodyjność jest czymś, dzięki czemu można być rozpoznawalnym. Są jednak różne typy melodyjności i z niektórymi wolałbym nie być utożsamiany. Jednym z moich ulubionych zespołów jest ABBA – co by o nich nie powiedzieć, to są to geniusze melodii. Co utwór – przebój. Duży szacunek. Z drugiej strony w ostatnich latach pokazało się kilka zespołów szwedzkich produkujących również muzykę melodyjną, ale jest to już inny, wręcz sztuczny typ melodyjności. Takie disco-dance jest dla mnie skażoną muzycznie formą.

Dużym zaskoczeniem dla mnie było wydanie przez Pana płyty z muzyką filmową.
RJ: To jest bardzo skomplikowane… Trudno mi się nazwać kompozytorem muzyki filmowej, nawet pomimo tego, że miałem możliwość wystąpić na festiwalu muzyki filmowej w Poznaniu. Jestem początkującym kompozytorem w tej dziedzinie. Środowisko kompozytorów muzyki filmowej jest hermetycznie zamknięte. Bardzo lubię te wyzwania, jednak tutaj liczą się nazwiska, kontakty, układy, znajomości. Ciężko jest wejść w to środowisko samym talentem. Myślę, że uda mi się napisać w najbliższym czasie muzykę do wielkiego filmu, bo nie ukrywam, że tylko taki film pozwala tak naprawdę zaistnieć i to nie tylko w Polsce, ale i zagranicą. Znam wielu kompozytorów, którzy jednym filmem weszli do panteonu gwiazd muzyki filmowej. Nie trzeba w tym celu napisać muzyki do 60 filmów – wystarczą 3-4 dobre filmy z dobrą muzyką.

Trudno komponować muzykę filmową przy gitarze…
RJ: Owszem, dlatego wspomagam się komputerem, choć nadal większość pomysłów powstaje przy gitarze, po czym są one ubierane w aranżacje już na komputerze. Przy orkiestracji współpracuję z wykształconym kompozytorem obsługującym komputer, gdyż sam takowego nie posiadam. Wnikanie w szczegółową edycję pozostawiam fachowcowi – mądrzejszemu i bardziej doświadczonemu koledze.

Brzmienie zwłaszcza początkowych produkcji pod szyldem Variux Manx kojarzy mi się z instrumentami Ensoniq. Czy dobrze mi się kojarzy?
RJ: Poniekąd. Wykorzystywałem syntezatory i samplery Ensoniq, zwłaszcza w początkowej fazie. Później oparłem się głównie o instrumenty Yamaha i Roland.

Młody człowiek czuje potrzebę komponowania, pisania muzyki. Co Pan doradzi takiej osobie?
RJ: Nie wiem, co doradzić… Z jednej strony panuje opinia, że jeśli chce się tym zająć naprawdę profesjonalnie, to powinno się skończyć szkołę. Je nie skończyłem żadnej szkoły – jestem kompozytorem „z duszy”. Czy to źle? Takich kompozytorów jest wielu, choćby przypomnę nazwiska Zbigniewa Preisnera, który kształcił się samodzielnie, czy Michał Lorenc, który do tej pory pisze muzykę w postaci „prymki” z fortepianem – a pisze przecież piękną muzykę. Wielcy tego świata – Cate Bush, Peter Gabriel również nie mają wykształcenia muzycznego… W komponowaniu najważniejsze jest posiadanie zalążka inspiracji w duszy. Trzeba być wrażliwą osobą – człowiek, który jest nastawiony konsumpcyjnie do świata, do podejmowanych przez siebie wyzwań, ma o wiele mniejsze szanse na ubarwienie świata muzyką, na ukazanie w muzyce swego wnętrza.

Przewinęło się kilka razy słowo „konkurencja”, „współzawodnictwo”.
RJ: Podziwiam bardzo wielu ludzi, którzy komponują. Konkurencja jest dla mnie czymś pozytywnym – stymuluje postęp, rozwój. Brak konkurencji spycha nas na manowce.

Jak Pan skomentuje w takim razie ponad dwuletnią dominacje na rynku Variux Manx? Gdzie tu konkurencja?
RJ: Konkurencji może nie było, natomiast tutaj mówię pod kątem kompozytorskim.

Zresztą nie ograniczam się tylko do polskich kompozytorów. Czy polska produkcja ma szansę zabrzmieć światowo?
RJ: Myślę, że tak, ale trzeba jeszcze trochę czasu. Są może trzy najlepsze studia w Polsce – na Zachodzie byłyby jedynie studiami kategorii B… A że sprzęt, to nie wszystko – najlepszym potwierdzeniem jest powstawanie w niewielkich studiach w Stanach doskonale brzmiących produkcji. To dzięki fachowcowi siedzącemu za sterami tej potężnej przecież maszynerii studyjnej. Okazuje
się, że najistotniejszy w tym wszystkim jest realizator – człowiek, który dysponuje nie tylko wiedzą i umiejętnościami, ale również doskonałym słuchem. Sporo nauki jeszcze przed nami, choć wykonawczo i myśleniowo mocno zbliżyliśmy się do reszty świata.

Kiedy wysłuchamy Pana kompozycji wyprodukowanej i zaśpiewanej przez wykonawcę z Zachodu?
RJ: Jako kompozytor nie załamuję rąk – jest zawsze szansa zaistnienia na rynku zachodnim pod warunkiem, że jakiś artysta przychylnym okiem spojrzy na kompozytora z Europy Wschodniej. Kilka nazwisk o rodowodzie wschodnim już funkcjonuje w branży – choćby taki Afanasjew piszący dla Mariach Carey. Jest to możliwe, przecież sukces naszych kompozytorów muzyki filmowej można powtórzyć. Trzeba tylko pamiętać, że oprócz pracy, pracy, pracy i talentu trzeba mieć… kontakty, szerokie kontakty. Bez tego ani rusz – nikt niczego darmo nie odda. Trzeba próbować, nie poddawać się – bez silnej determinacji w osiągnięciu celu w tej branży nic się nie osiągnie. O ile w polskim światku muzycznym trzeba zapukać trzy razy, tak na Zachodzie trzeba to zrobić sto razy, tysiąc…

Czy działania Edyty Górniak mają szansę pomóc innym polskim muzykom?
RJ: Myślę, że niewiele. Ale samej Edycie życzę osiągnięcia sukcesu. Natomiast każdy z nas musi dbać o swoje interesy samodzielnie.

Czy pisze Pan dla każdego artysty, który zwróci się do Pana?
RJ: Był taki okres w drugiej połowie lat 90., że miałem około 20-30 ofert w roku. Obecnie jest ich znacznie mniej. Jest to wynik między innymi tego, że zrobiłem sobie małą pauzę muzyczną, wydałem autorską płytę… Nie ukrywam, że jeśli powstanie następny album pod szyldem Janson, to w 80% będzie zapełniony muzyką instrumentalną – filmową. Wciąż dążę do spełniania się w tym gatunku, natomiast na 1-2 propozycje napisania muzyki dla kogoś odpowiem.

Czy będzie Pan zajmować się nadal promowaniem młodych artystów?
RJ: Tak. To bardzo przyjemne, ale i odpowywiadwiedzialne zajęcie. Myślę, że przeprowadzenie kogoś przez sito przemysłu muzycznego jest dużym sukcesem.

Czy dobry zespół z dobrym materiałem jest w stanie przebić się bez promocji?
RJ: Nie. Jestem absolutnie przekonany, że bez wsparcia potężnych środków na promocję, reklamę wyjście na szeroki rynek jest niemożliwe. Bez promocji trudno funkcjonuje się nawet znanym artystom.

Dla kogo Pan pisze muzykę?
RJ: Dla każdego. Inaczej w filmie. Ustosunkowuję się do tego, co narzuca reżyser – to on rządzi, a ja jestem tylko na usługach. Od samego obrazu zależy też, jaką muzykę się tworzy. Dla mnie najważniejsze jest, że przynajmniej niektóre z kompozycji filmowych są cenione – nie tylko przez filmowców, ale i przez publiczność. Mam nadzieję, że będzie mi dane napisać muzykę do wielu dobrych filmów; muzykę, która stanie się równie ważnym elementem, co sam obraz czy gra aktorska. Jeszcze wiele przede mną. Wielcy koledzy, których wymieniłem wcześniej, są ode mnie o przynajmniej 10 lat starsi – w tym wieku, w którym ja jestem z pewnością nie myśleli jeszcze o tym, że osiągną swoją muzyka takie sukcesy.

Pomaga Pan karierze?
RJ: Staram się. Nie można czekać na telefon. Szans trzeba szukać samemu. Pukać w drzwi, które nam zamykają – niezbędna jest determinacja. Miło jest po 10 latach wytężonej pracy oraz ustawicznych starań powiedzieć sobie: victoria!

Jest Pan zadowolony ze swojej muzyki?
RJ: Zadowolony tak, ale jeszcze nie spełniony – zbyt wiele wyzwań jeszcze przede mną. To przyjdzie z wiekiem – mam przecież dopiero 35 lat. Jestem zbudowany tym, że liczę się w kraju, jestem „kimś”, że mogę dawać swoją muzyką zadowolenie innym, szerokim rzeszom ludzi w tym kraju. To jest niesamowite uczycie – świadomość, że ktoś może poczuć się lepiej dzięki moim piosenkom.